Chodzi za mną dziś od rana...
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nie na temat. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nie na temat. Pokaż wszystkie posty
13 maj 2016
29 mar 2016
25 mar 2016
Stresujący tydzień w pracy...
Autor:
Argillae
o
22:34
...zaowocował nową sukienką dla Madame. Akurat na Święta.
Dresówka w złote krople kupiona kiedyś w metryicentymetry.Czekała na swoją chwilę.
Dresówka w złote krople kupiona kiedyś w metryicentymetry.Czekała na swoją chwilę.
25 lis 2015
Dzień Pluszowego Misia
Autor:
Argillae
o
16:25
To dziś.
Z tej okazji w przedszkolu mego dziecka odbyły się warsztaty szycia miśków. Miała poprowadzić je Kasia z zaszyjnude.pl, ale zaczęła pracę i nie ma czasu na szycie. Stwierdziła, że sama sobie poradzę i z jej błogosławieństwem przygotowałam miśki dla całej grupy, a dziś zabawiłam się w przedszkolankę.
Było super. Córka moja pękała z dumy i to najważniejsze.
A ja? Przeżyłam i mój podziw dla pań nauczycielek z przedszkola wzrósł jeszcze bardziej. Nie wiem jak one wytrzymują z tym rozkosznymi malcami cały dzień, co dzień. ;o)
Ja już wolę hałas w fabryce, w której pracuję. ;o)
I jeszcze zdjęcia zrobione przez panie podczas warsztatów:
Z tej okazji w przedszkolu mego dziecka odbyły się warsztaty szycia miśków. Miała poprowadzić je Kasia z zaszyjnude.pl, ale zaczęła pracę i nie ma czasu na szycie. Stwierdziła, że sama sobie poradzę i z jej błogosławieństwem przygotowałam miśki dla całej grupy, a dziś zabawiłam się w przedszkolankę.
![]() |
| Metki nie przeżyły spotkania z trzylatkami. ;o) |
Było super. Córka moja pękała z dumy i to najważniejsze.
A ja? Przeżyłam i mój podziw dla pań nauczycielek z przedszkola wzrósł jeszcze bardziej. Nie wiem jak one wytrzymują z tym rozkosznymi malcami cały dzień, co dzień. ;o)
Ja już wolę hałas w fabryce, w której pracuję. ;o)
I jeszcze zdjęcia zrobione przez panie podczas warsztatów:
1 wrz 2015
12 cze 2015
Nie ma takiego miasta – Londyn!
Autor:
Argillae
o
23:12
– Jest Lądek, Lądek-Zdrój, tak...
– Ale Londyn – miasto w Anglii.
– To co mi pan nic nie mówi?!
– No mówię pani właśnie.
– To przecież ja muszę pójść i poszukać, zobaczyć gdzie to jest. Cholera jasna...
London Eye
codziennie mijałam w drodze do pracy ;o)
hotel był tuż obok
parlament
u Królowej
miałam farta!
Good save the Queen
ciężko się przestawić ;o)
there's a world going on
UNDERGROUND
anglia
Trafalgar Square
prawie kwadryga
tłumy w teatrze (były)
London by night
London Calling ;o)
mniam!
Eye nocą
Piccadilly Circus
– Ale Londyn – miasto w Anglii.
– To co mi pan nic nie mówi?!
– No mówię pani właśnie.
– To przecież ja muszę pójść i poszukać, zobaczyć gdzie to jest. Cholera jasna...
London Eye
codziennie mijałam w drodze do pracy ;o)
hotel był tuż obok
parlament
u Królowej
miałam farta!
Good save the Queen
ciężko się przestawić ;o)
there's a world going on
UNDERGROUND
anglia
Trafalgar Square
prawie kwadryga
tłumy w teatrze (były)
London by night
London Calling ;o)
mniam!
Eye nocą
Piccadilly Circus
25 mar 2015
Wrażenia z Lanzarote.
Autor:
Argillae
o
12:26
Tym razem jak najbardziej moje :o).
*
Pierwsze wrażenie:
O rany, jak wieje! (Prawie zgubiłam głowę, wysiadając z samolotu.)
Wiało bardzo przez cały nasz pobyt, choć jak ktoś się zabunkrował na leżaku przy hotelowym basenie, to jak najbardziej mógł się opalić. Najlepiej świadczył o tym brąz naszych współpasażerów w powrotnym samolocie. ;o)
Do zwiedzania lepsze były jednak bluzy z kapturem i chustki na szyję.
*
Zachwyt i podziw dla Cesara Manrique i jego ideii.
Jego malarstwo do mnie nie przemówiło, ale idea współistnienia człowieka z przyrodą, objawiajaca się w projektowanych przez niego budynkach - jak najbardziej. Do tego stopnia, że starałam się zobaczyć wszystko, co na wyspie wyszło spod jego ręki, albo przynajmniej z jego głowy.
Pomysł na "slow-turystykę", który promował, o który walczył i który wcielał w życie w swoich realizacjach, jest jak najbardziej bliski mojemu sercu.
Zachwycałam się też projektami atrakcji turystycznych, które przygotował. Zawsze znalazło się miejsce na restaurację, sklepik z pamiątkami, a wszystko nienachalne, idealnie wkomponowane w przyrodę i nieodciagające nas od głównego celu naszej wizyty - podziwiania jedynych w swoim rodzaju, stworzonych przez naturę, miejsc na ziemi. Każdej atrakcji artysta stworzył również logo.
Byliśmy oczywiście w "must see" czyli w Montanias del Fuego, Jameos del Aqua, ogrodzie kaktusów i Mirador del Rio, ale widzieliśmy też: Los Hervideros, Monumento el Campesino Museo (to nie tylko ta ogromna biała rzeźba!), Castillo de San Jose, Fundación César Manrique w Tahiche i Casa de César Manrique w Harii. (Cueva de Los Verdes i LagOmar to dzieła Jesusa Soto, choć to drugie Manrique adaptował do zwiedzania i widać tam jego rękę).
*
Uczucie bycia na obcej planecie w autobusie, który obwoził nas po Parku Timanfaya.
Przed wyjazdem przeczytałam wiele opinii, że te objazdy autokarowe to straszliwa lipa i nędza.
Zaplanowałam więc objazd na zasadzie "jak się nie ma co sie lubi..", bo wycieczka na wielbłądach dla nikogo z naszej trójki nie brzmiała atrakcyjnie, a na piesze spacery można od 16 r.ż. Madame jeszcze kilku lat brakuje. :oP
Po, nie zgadzam się z tymi opiniami całą mocą.
Po pierwsze: spacery odbywają się w zupełnie innej części parku. Montanas del Fuego nie da się po prostu inaczej zobaczyć.
Po drugie: siedząc w autobusie z grupką turystów, otoczona absolutnie nieziemskim krajobrazem,czułam się jak na obcej planecie. Jak okiem sięgnąć - ani żywego ducha (ludzkiego, zwierzęcego, ptasiego). Krajobraz jak z Marsa i my - ostatni ludzie na ziemi. Nietrudno się wkręcić, że poza autobusem absolutnie nie dałoby się przeżyć. ;o)
*
Zachwyt jaskinią Cueva de los Verdes.
Piękne, piękne miejsce. Pozostawione tak, jak je stworzyła natura (a dokładnie wybuch wulkanu La Corona). Człowiek tylko podkreślił urodę tego miejsca światłem i muzyką (choć w kwestii muzyki Madame miała zupełnie odmienne zdanie - ją gregoriańskie chóry wystraszyły). A wisienką na torcie jest niespodzianka, jaka czeka na końcu jaskini (nie mogę niestety napisać, co to, bo przewodniczka nam zabroniła: "don't tell nobody, it's a secret!"). Chociaż wiedziałam, o czego się spodziewać, to i tak dałam się zaskoczyć. ;o)
*
Zachwyt jaskinią Cueva de los Verdes.
Piękne, piękne miejsce. Pozostawione tak, jak je stworzyła natura (a dokładnie wybuch wulkanu La Corona). Człowiek tylko podkreślił urodę tego miejsca światłem i muzyką (choć w kwestii muzyki Madame miała zupełnie odmienne zdanie - ją gregoriańskie chóry wystraszyły). A wisienką na torcie jest niespodzianka, jaka czeka na końcu jaskini (nie mogę niestety napisać, co to, bo przewodniczka nam zabroniła: "don't tell nobody, it's a secret!"). Chociaż wiedziałam, o czego się spodziewać, to i tak dałam się zaskoczyć. ;o)
*
Przyjemność jaką sprawił mi smak wina Malavasia Volcanica.
Kiedy myślimy "winnica", to widok jaki ukazuje się naszym oczom, kiedy wjeżdżamy do regionu La Geria jest ostatnim, czego się spodziewamy. Mnie zachwycił. Jest równie nieziemski jak widoki z parku Timanfaya. Szkoda, że krzewy winne jeszcze nie wypuściły liści i z ziemi sterczały tylko nagie gałęzie. Wino, jakie udaje się wyprodukowac w tych trudnych wrunkach jest pyszne. Białe, lekkie i owocowe. Nie jestem jakimś specjalistą od win, ale mi smakowało.
Przywiozłam sobie butelkę.
Ciekawe, czy w Warszawie będzie smakowac równie dobrze (kreteńska restina trochę straciła z magii wakacji).
*
Uczucie relaksu i totalnej błogości, które towarzyszyły mi podczas popołudnia spędzonego w Charco de Los Clicos.
Zielone jezioro, plaża pokryta czarnymi, wulkanicznymi kamyczkami, wiatr szumiący w otaczających nas zboczach wygasłego wulkanu (jesteśmy wwenątrz krateru wulkanu, który osunął się do oceanu), fale rozbijające się o nadbrzeżne skały i zachodzące słońce. Spacer wzdłuż brzegu jeziora i powrót brzegiem oceanu totalnie mnie zrelaksowały. Poszukiwanie oliwinów wśród czarnych kamyków było swietną zabawą dla całej naszej trójki.
Ten wieczór zachowam w mojej pamięci na długo.
*
Zdziwienie, z którym co rano oglądałam nasz mokry od rosy samochód.
Za każdym razem zastanawiałam się, czy na pewno nie padało w nocy...
I zaskoczenie, kiedy ostatniego dnia był zupełnie suchy.
A wiatr, który tego dnia usiłował nam zerwać kapelusze z głów był przyjemnie ciepły, zamiast zimnego, który towarzyszył nam przez poprzednie dni. To była naprawdę zaskakująca zmiana. I nagle zrozumiałam, dlaczego bilety na wylot tydzień później były o 500 zł. droższe. ;o)
*
Zdziwienie, że czarny piasek nie brudzi nóg.
Możnaby pomyśleć, że stopy po całodziennym chodzeniu po czarnych skałach wulkanicznych o różnym stopniu rozdrobnienia, będą równie czarne. Nic mylnego. Zero pyłu i kurzu.
*
Rozczarowanie jedzeniem.
Ach, ile ja przeczytałam zachwytów nad bananami z Wysp Kanaryjskich. ;o) Dla mnie - od tych z warszawskiej Biedronki różnią się tylko wielkością. :oP I owoce ogólnie jakoś mnie nie zachwyciły. Do tego produkty kupowane w supermarkecie (w Playa Blanca sklepiku lokalnego nie znaleźliśmy) były niesmaczne. Chleb, wędlina, ser.
Kuchnia kanaryjska też mnie nie powaliła na kolana. Mega-słone ziemniaczki, bardzo mało warzyw. Za słodka kawa leche y leche (na którą - nie powiem - ostrzyłam sobie zęby). Goffio też nie zachwyciło. Mojo verde czasami było smaczne, kiedy kolendra dominowała nad innymi składnikami sosu. Jedliśmy sporo ryb, bo zwykle ciężko było dogadać się po angielsku z kelnerami w kwestii składu innych potraw.
Za to świeży ser kozi z Lanzarote z konfiturą figową, albo grillowany z miodem - niebo w gębie!
Oczywiście sprawdziła się też stara prawda - najsmaczniej (i najtaniej) zjedliśmy w małej knajpce dla lokalsów w Harii.
*
Żal, który poczułam patrząc na chmury zakrywające szczelnie Mirador del Rio.
Wiedziałam, że nie mamy już szans zobaczyć tego, podobno zapierającego dech w piersiach i najpiękniejszego na wyspie, widoku. Naszym oczom ukazało się jedynie białe mleko - chmury podczas naszego pobytu na wyspie otaczały Mirador del Rio szczelną kołderką. La Graciosa pozostała dla nas tajemnicą. ;o)
Autochton spotkany na tarasie "widokowym" stwierdził (po zapewnieniu, że widok ten rzeczywiście zapiera dech w piersiach), że mamy pretekst, aby odwiedzić wyspę ponownie... :o)
5 mar 2015
Pozdrowienia z Lanzarote!
Autor:
Argillae
o
00:09
Narazie mogę moje wakacje podsumować jedym słowem:
25 lut 2015
Spodnie dla dziecka
Autor:
Argillae
o
16:50
Skończyłam przedwczoraj. Jestem z siebie dumna.
Chciałabym napisać, że dziś dziewczynka poszła w nich do przedszkola, ale guma za luźna. Dziś poprawię i spodnie będą miały premierę jutro.
Przy okazji, również lala wzbogaciła się w nową parę dresów (bluzka lali, to również moje dzieło, a print Madame wykonała samodzielnie, przy pomocy farb do tkanin i pieczątek):
(lala to dzieło Rafinerii Cukru - jest bardzo starannie uszyta i ma serduszko z dzwoneczkiem, polecam bardzo!)
Mam jeszcze dresówkę z kotami. Jak tylko przyjdzie ściągacz, szyję druga parę!
Chciałabym napisać, że dziś dziewczynka poszła w nich do przedszkola, ale guma za luźna. Dziś poprawię i spodnie będą miały premierę jutro.
Przy okazji, również lala wzbogaciła się w nową parę dresów (bluzka lali, to również moje dzieło, a print Madame wykonała samodzielnie, przy pomocy farb do tkanin i pieczątek):
Mam jeszcze dresówkę z kotami. Jak tylko przyjdzie ściągacz, szyję druga parę!
19 lut 2015
13 lut 2015
Brzydkie legginsy i farba do tkanin w spray'u.
Autor:
Argillae
o
22:03
Jak wejdę do sklepu oferującego materiały i narzędzia do wszelkiego rodzaju craftów to przepadam. Mogę godzinami oglądać papiery do scrapbookingu i chociaż nie bawię się w to zawsze wyjdę z jakimś wyjątkowo ładnym arkuszem. ;o).
Wybierając ostatnio odcień farby na żyrafie łaty, zobaczyłam obok farby do tkanin w spray'u:
Kupiłam 2 kolory na próbę. Z ciekawości, bez konkretnego pomysłu na wykorzystanie.
Okazja do wypróbowania zakupu przyszła szybko. Uzupełniałam dziecku garderobę "do przedszkola". legginsy i bluzki w dwupakach z Lidla składały się z 1 sztuki ładnej i jednej takiej sobie, ale cena była bardzo przekonywująca. HYHYHY Jednak jak popatrzyłam w domu na jasnoróżowe jak niemowlęce ubranka legginsy, to stwierdziłam, że nie nadają się na nic oprócz piżamy. ;o) I tu zapaliła się żaróweczka. 10 minut później (ok. 20 z myciem prysznica po zabawie) miałam takie oto legginsy:
Jeszcze nie prane. Zobaczymy jak będą wyglądać po pierwszym wyjęciu z pralki...
Wybierając ostatnio odcień farby na żyrafie łaty, zobaczyłam obok farby do tkanin w spray'u:
Kupiłam 2 kolory na próbę. Z ciekawości, bez konkretnego pomysłu na wykorzystanie.
Okazja do wypróbowania zakupu przyszła szybko. Uzupełniałam dziecku garderobę "do przedszkola". legginsy i bluzki w dwupakach z Lidla składały się z 1 sztuki ładnej i jednej takiej sobie, ale cena była bardzo przekonywująca. HYHYHY Jednak jak popatrzyłam w domu na jasnoróżowe jak niemowlęce ubranka legginsy, to stwierdziłam, że nie nadają się na nic oprócz piżamy. ;o) I tu zapaliła się żaróweczka. 10 minut później (ok. 20 z myciem prysznica po zabawie) miałam takie oto legginsy:
Jeszcze nie prane. Zobaczymy jak będą wyglądać po pierwszym wyjęciu z pralki...
12 lut 2015
Bal karnawałowy w przedszkolu - strój żyrafy (szycie po godzinach).
Autor:
Argillae
o
21:58
Jak wspominałam przy okazji postu o stroju na halołin, Madame zażyczyła sobie wtedy strój żyrafy na następny dzień ;o).
Minęły niemal 3 miesiące i na pytanie:
- Za co chcesz być przebrana na bal?
padła odpowiedź:
- Za żyrafę!
Nie miałam wyjścia. ;o)
***
Strój był dość pracochłonny w wykonaniu - malowanie żyrafich łat zajęło mi (z niewielka pomocą męża) ze 2 tygodnie wieczorami. Do tego klasycznie już tutu oraz kupiony na allegro zestaw: opaska z uszami i ogon.
Podsumowanie:
Legginsy i koszulka: Lidl (akurat uzupełniałam dziecku garderobę, legginsy i bluzki były w dwupakach po 19 zł. jeśli dobrze pamiętam. Bez łat szału nie robiły, na szczęście 2-gie z dwupaków zdecydowanie lepsze kolorystycznie ;o) ).
1,25 słoiczka farby do tkanin - 6 zł.
Opaska i ogon - 25 zł.
2 rolki tiulu po 13 zł.
I sporo czasu.
Córa zachwycona, prezentowała się super. Zrobiłam jej jeszcze z włosów kucyki- różki na czubku głowy.
Minęły niemal 3 miesiące i na pytanie:
- Za co chcesz być przebrana na bal?
padła odpowiedź:
- Za żyrafę!
Nie miałam wyjścia. ;o)
***
Strój był dość pracochłonny w wykonaniu - malowanie żyrafich łat zajęło mi (z niewielka pomocą męża) ze 2 tygodnie wieczorami. Do tego klasycznie już tutu oraz kupiony na allegro zestaw: opaska z uszami i ogon.
Podsumowanie:
Legginsy i koszulka: Lidl (akurat uzupełniałam dziecku garderobę, legginsy i bluzki były w dwupakach po 19 zł. jeśli dobrze pamiętam. Bez łat szału nie robiły, na szczęście 2-gie z dwupaków zdecydowanie lepsze kolorystycznie ;o) ).
1,25 słoiczka farby do tkanin - 6 zł.
Opaska i ogon - 25 zł.
2 rolki tiulu po 13 zł.
I sporo czasu.
Córa zachwycona, prezentowała się super. Zrobiłam jej jeszcze z włosów kucyki- różki na czubku głowy.
Ilość komplementów, jakie zebrałam przy okazji była zaskakująca.
10 lut 2015
Kot (szycie po godzianch)
Autor:
Argillae
o
21:47
Wychodzę na szycie. Będziemy szyć kota-tildę. Mówiłam wcześniej Madame, że uszyję jej dziś "kosura".
- Mamo, ulep mi kota - rzuca Madame.
- Dzisiaj będę szyła kochanie.
- Dobrze, uszyj mi kota. Ale takiego, który ma guziczek. Jak nacisnę guziczek to on będzie uciekał i ja go będę gonić.
- Ja szyję z materiału i kotek będzie takim pluszaczkiem jak lale i Twój kocur. Nie będzie miał mechanizmu w środku i nie będzie sam się ruszał...
- Ale ja ce - zakończyła rozmowę córka całując mnie na dowidzenia.
...
Kota uszyłam, przyniosłam i posadziłam na stole, żeby rano Madame go zobaczyła.
Rano Madame mnie woła: - Mamoooooooooo!
- Słucham kochanie?
- Mamo, gdzie jest ten guziczek, który muszę nacisnąć, żeby kot uciekał?
A kot bez guziczka wygląda tak:
- Mamo, ulep mi kota - rzuca Madame.
- Dzisiaj będę szyła kochanie.
- Dobrze, uszyj mi kota. Ale takiego, który ma guziczek. Jak nacisnę guziczek to on będzie uciekał i ja go będę gonić.
- Ja szyję z materiału i kotek będzie takim pluszaczkiem jak lale i Twój kocur. Nie będzie miał mechanizmu w środku i nie będzie sam się ruszał...
- Ale ja ce - zakończyła rozmowę córka całując mnie na dowidzenia.
...
Kota uszyłam, przyniosłam i posadziłam na stole, żeby rano Madame go zobaczyła.
Rano Madame mnie woła: - Mamoooooooooo!
- Słucham kochanie?
- Mamo, gdzie jest ten guziczek, który muszę nacisnąć, żeby kot uciekał?
A kot bez guziczka wygląda tak:
28 sty 2015
8 sty 2015
Piosenka roku 2014
Autor:
Argillae
o
20:17
Moja piosenka roku 2014. :o)
I teledysk też bardzo przypadł mi do gustu.
A Mikołaj podrzucił pod choinkę płytę Lazaretto i jest naprawdę fantastyczna. Ostatnio towarzyszy mi non-stop w samochodzie.
I teledysk też bardzo przypadł mi do gustu.
A Mikołaj podrzucił pod choinkę płytę Lazaretto i jest naprawdę fantastyczna. Ostatnio towarzyszy mi non-stop w samochodzie.
Subskrybuj:
Posty (Atom)











































